Ulica Sezamkowa, czyli zabrzańskie trójki sezonu 2015/16

Kaszpir  -  21 maja 2016 20:01
0
823

Korzym2_Gornik_Zaglebie1516

Ulica Sezamkowa to znany w latach 90-tych serial edukacyjny dla dzieci. Cechą charakterystyczną tego programu było to, że przewijało się w trakcie jego trwania wiele różnorakich postaci. Fikcyjnych, jak i autentycznych. Były tam osobistości znane i cenione, pluszowe Muppety, jak i też animowane.

Jedne z nich wiele wnosiły do programu, edukowały, rozwiązywały problemy mniejsze i większe. Inne z kolei trochę bawiły, jeszcze inne drażniły, zdarzały się też osobniki nijakie. Podobne wrażenie można było odnieść śledząc wydarzenia, wyniki i różne decyzje w klubie z ul. Roosevelta 81 w dopiero, co fatalnie zakończonym sezonie.

Dla każdego odcinka Ulicy Sezamkowej przyporządkowana była literka lub cyferka dnia, która przewijała się przez cały czas trwania programu. Nieudany sezon 2015/16 zakończony najgorszym scenariuszem, dla Górnika stał zdecydowanie pod znakiem cyferki „3”. Przybliżmy zatem zabrzańskie trójki 2015/2016:

Trzeci w historii spadek z Ekstraklasy. Jeżeli można w ogóle mówić, że styl spadania może być gorszy lub lepszy to ten był najgorszy. Kilka niechlubnych rekordów, fatalny styl i ogromny chaos, jeżeli chodzi o sportowe prowadzenie zespołu.

Trenerów trzech. Robert Warzycha przychodząc do Górnika potrafił nadać mu swój styl (co wydawało się trudne po erze Nawałki), który to styl zaskakiwał przeciwników. Mało kto dziś pamięta, że Błażej Augustyn był w tamtym czasie głośno wymieniany pod kątem reprezentacji. Oczywiście potem nie było już tak różowo, Warzycha nie mógł się doprosić zawodników na dwie konkretne pozycje, głośne wyrazy niezadowolenia w dodatku słaby start dopełniły reszty. Zatrudniono Leszka Ojrzyńskiego, trenera z twardą ręką. Wydawało się, iż jest to odpowiedni człowiek na trochę już rozbitą drużynę. Ojrzyński nie zdołał jednak zdecydowanie zmienić oblicza zespołu, ciągle czegoś brakowało do zwycięstw. Na plus dla trenera stałe fragmenty gry i zdecydowanie najlepszy w rozgrywkach grudzień. Potem przyszła runda rewanżowa i wszystko zaczęło się sypać. Porażka w derbach, coraz słabsza forma drużyny narastające konflikty czego najdobitniejszym obrazem „sprawa Sobola”. Zarząd czekał, czekał aż w końcu dokonał zmiany. Padło na Jana Żurka, czyli na kłopoty wybrano wariant „swój chłop”. W żaden sposób nie neguję tu tego wyboru, bo Jasiu czasu na wytrenowanie czegoś specjalnego już nie miał. Bardziej chodziło o „Team spirit” i to się chyba udało. Drużyna jakby się scementowała, zaczęli grać więcej zawodnicy sprowadzeni zimą. „Trójkolorowi” przestali przegrywać w „trzecioligowym” stylu. Zabrakło jednak zwycięstw i umiejętności czysto piłkarskich szczególnie w ofensywie. Może gdyby trener odpuścił Madejowi? Może?

Trzech bramkarzy. Obsada bramki na sezon 2015/16 była jednym z priorytetowych zadań. Z Tychów sprowadzono ogranego w Ekstraklasie Sebastiana Przyrowskiego. W przedsezonowych sparingach wyglądało to całkiem nieźle. Kiedy jednak wystartował sezon było już zgoła inaczej. Przyrowski zawalił gola w pierwszym meczu z Wisłą, potem może i nie z jego winy, ale jednak w każdym meczu traciliśmy bramki. Mówiło się nawet, że na trzy strzały wpadały cztery bramki. Bramkarz jest jednak po to żeby czasem coś obronić i pomóc drużynie. Kiedy nastał Leszek Ojrzyński od razu postawił na Kasprzika,  a ten odwdzięczył się za zaufanie. Jemu też zdarzyły się błędy na początku, ale z każdą minutą spędzoną na boisku bronił coraz lepiej, pewniej i z dużym szczęściem. W międzyczasie ściągnięto trzeciego bramkarza – Radosława Janukiewicza. Po krótkim okresie zastąpił – co było dla mnie dużym zaskoczeniem – spisującego się bardzo dobrze Kapela. Do Janukiewicza trudno się specjalnie przyczepić, aczkolwiek nie dał drużynie niczego szczególnego. Po kolejnej zmianie szkoleniowca ustąpił miejsca Kasprzikowi. I ten po raz drugi sprawdził się, znowu bronił znakomicie. Błąd w meczu z Wisłą nie miał aż tak dużego znaczenia, bo tego dnia krakowianie byli zdecydowanie lepsi. Natomiast kilka interwencji m. in. obroniony rzut karny w Łęcznej, czy nawet w ostatnich minutach znakomita parada w Niecieczy sprawiały, że do końca byliśmy w grze.

Trójka z przodu. Kolejną pozycją, o której było najgłośniej przez cały sezon to środkowy napastnik.  Posucha na tej pozycji była wyjątkowo duża. Nadzieje na rozwiązanie tego problemu wiązano z przyjściem w trakcie rundy Macieja Korzyma. Chociaż nigdy nie był on super snajperem wydawało się, że jego boiskowe atuty będą wystarczające by zwiększyć siłę rażenia linii ataku. Niestety forma zawodnika nie była od początku dobra, czekano na przebłysk dawnego Korzyma, ale jakości w jego grze było ciągle niewiele. Zimą więc ściągnięto Jose Kante, który miał być receptą na zabrzańską ofensywę. Niestety jaki jest dorobek strzelecki Jose dziś wiemy wszyscy. Gdyby wykorzystał nawet niewielki procent sytuacji które miał, pewnie bylibyśmy teraz w innym miejscu. Trzecim zawodnikiem na szpicy próbowany był Szymon Skrzypczak, jednak nie jest to jeszcze piłkarz na którym może spocząć odpowiedzialność za skuteczność drużyny. Jest to zawodnik perspektywiczny przed którym dużo pracy. Jeżeli chodzi o Kante to mimo iż bramek nie strzelał pokazał niezły potencjał techniczny i jest przed nim przyszłość. Wydaje się, że dla Maciej Korzyma tej przyszłości w Górniku już nie ma.

Trzech z Korony. Polityka transferowa pozostawiała delikatnie mówiąc wiele do życzenia. Całe mnóstwo sprowadzonych piłkarzy, najgorsze, że gros spośród nich nawet nie zbliżyło się do dyspozycji, która gwarantowałaby podniesienie wartości zespołu. Na transfery zielone światło dostał przede wszystkim Leszek Ojrzyński, który postanowił zbudować drużynę jeszcze raz zawierzając „swoim” piłkarzom z Korony. Korzym, Janota, a także  Golański mieli być istotną siłą Górnika. Ile wnieśli trzej wymienieni zawodnicy? Trzeba nad tym spuścić zasłonę milczenia. „Trzej muszkieterowie” Ojrzyńskiego pozostaną z pewnością symbolem nietrafionej polityki transferowej.

Trzy filary. Adam Danch, Radosław Sobolewski i Łukasz Madej. Przed sezonem nikt nie wyobrażał sobie wyjściowej jedenastki bez trzech w/w zawodników. Fundamenty, filary – te określenia przychodziły na myśl wymieniając ich nazwiska jeszcze kilka miesięcy temu. Niesamowicie ambitny Madej, walczący za dwóch „Sobol” i najbardziej wszechstronny ze wszystkich zawodników i do tego kapitan Danch. Pierwszy odpadł Sobolewski, sfrustrowany słabym przygotowaniem zespołu, taktyką(może raczej braku), nie krył niezadowolenia przez co popadł w konflikt z Ojrzyńskim. Został odsunięty, potem doszły kolejne urazy i postanowił zawiesić buty na kołku. Wspomniana wyżej ambicja Łukasza Madeja dała o sobie znać podczas meczu z Wisłą, kiedy został zmieniony, a był w tym meczu czołową postacią. Nerwy wyładował schodząc z boiska i już na ławce powiedział pewnie o kilka słów za dużo. Żurek dyscyplinarnie odesłał go do rezerw i Łukasza nie zobaczyliśmy do końca sezonu. Trochę to smutne, że tak kluczowi zawodnicy Górnika ostatnich kilku lat w takich okolicznościach zakończyli sezon i być może grę w Górniku. Trzeci z wymienionych piłkarzy grał do końca, jego forma była różna, aczkolwiek zawsze wkładał 100% serca i zaangażowania w każdy mecz. Jednak to on zostanie zapamiętany jako kapitan okrętu, który właśnie zatonął. Co gorsza spadek z Górnikiem po raz drugi w karierze..

Trzy trybuny. Górnik kibicami stoi to niezaprzeczalny fakt. Biorąc pod uwagę ciężką sytuację drużyny po rundzie jesiennej, było jasne, że wiosną czeka zabrzan ciężka walka o utrzymanie. Jak w takiej sytuacji potrzebne jest wsparcie z trybun nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak problemem było to, iż spotkania na remontowanym stadionie mogło oglądać tylko trzy tysiące widzów. Włodarzom klubu udało się oddać – już na derby z Ruchem – do użytku trzy nowe trybuny(nomen-omen z trzyletnim poślizgiem). Stadion wypełnił się do ostatniego miejsca, atmosfera była znakomita, zapachniało nawet Ligą Mistrzów – oczywiście mowa o widowni. Górnik ten mecz przegrał, a do końca sezonu grał słabo albo trochę lepiej. Jednakże kibice się nie odwracali. Tłumnie przychodzili na stadion wspierać piłkarzy od pierwszego do ostatniego gwizdka. Niestety i to było za mało. W przyszłym sezonie czekają nas wszystkich emocje w pierwszej lidze, oby tylko przez rok.

Ulica Sezamkowa jak każdy program dla dzieci, uczy najmłodszych odpowiednich postaw, wyciągania wniosków z błędów i unikania ich w przyszłości. Czy kiedyś w Zabrzu będziemy obserwować podobny proces? W przeciwnym wypadku nie tylko poziom sportowy, ale i funkcjonowanie klubu jako całości może mieć niepewną przyszłość. Tak źle zarządzany klub ciężko znaleźć nawet w 3 lidze..

Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments