Po Szychcie#2 – Martin Chudy

Kris  -  27 listopada 2019 20:55
2046

Cześć,
z tej strony Kris. Razem z całym zespołem redakcyjnym zapraszam Was na drugi wywiad z serii Po Szychcie. Tym razem rozmawialiśmy z Martinem Chudym.

Martin to doświadczony goalkeeper, który może poszczycić się występami w Lidze Europy. Słowak razem z Spartakiem Trnava sięgał po Mistrzostwo swojego kraju. Chudy dołączył do Górnika niespełna rok temu i od tego czasu na stałe zadomowił się między słupkami Trójkolorowych. W tym sezonie Ekstraklasy nie opuścił żadnego spotkania i zaliczył kilka naprawdę dobrych interwencji mimo że, był zmuszony aż 21 razy wyciągać piłkę z siatki. Martin poza piłką nożną prowadzi swoją stronę internetowa; jest autorem kilku książek oraz pomaga ludziom być szczęśliwymi.

Szybka piątka:

1. Ulubiona drużyn?
– Chelsea Londyn.

2. Piłkarz – autorytet?
– Szczerze to nie mam jednego, konkretnego idola.

3. W jakiej drużynie chciałbyś zagrać?
– Również Chelsea Londyn.

4. Zainteresowania poza piłką nożną?
– Mam bardzo dużo zainteresowań. Jest to między innymi: żywienie, rozwój osobisty, biznes.

5. Ulubiona potrawa?
– Różne, jednak ogólnie to czerwone mięso, wołowina i warzywa.

R: Martin, jesteś już w Polsce niecały rok. Jak się czujesz w naszym kraju, na Śląsku?

– Wszystko jest w porządku. Opanowałem już język polski, znam nawyki mieszkańców. Myślę, że między Słowacją, a Polską nie ma wielu różnic. Razem z moją dziewczyną żyje mi się tutaj bardzo dobrze.

R: Jesteś często rozpoznawany na ulicy, gdy wychodzisz na miasto?

– Myślę, że tak. Mieszkam w Katowicach i zdarzyło mi się już zrobić z kimś zdjęcie czy porozmawiać. Często obserwuję, że ludzie wiedzą kim jestem, ale nic nie mówią. Ogólnie jest tutaj bardzo fajnie.

R: Do twoich największych sukcesów należy zdobycie Mistrzostwa i Pucharu Słowacji z Spartakiem Trnava.

– Najpierw było Mistrzostwo, a Spartak zdobył Puchar później, kiedy ja już grałem w Górniku, lecz jeszcze w tych rozgrywkach zagrałem w dwóch meczach. Z pewnością na zawsze będę o tym pamiętał. Były to piękne chwile.

R: Jesteś bramkarzem, który ma doświadczenie w Lidze Europy. Jak wspominasz ten czas, gdy rywalizowałeś z Dynamem Zagrzeb, Anderlechtem czy Fenerbahce?

– Dokładnie. Wtedy w sumie w europejskich pucharach rozegrałem 14 spotkań, ponieważ zaczęliśmy od pierwszej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. 6 meczów przypadło na eliminacje do LM. Razem z Spartakiem odpadliśmy w 3. rundzie po pojedynku z drużyną Crveny Zvezdy. Wtedy dwa razy było 1:1, lecz w rewanżowym spotkaniu podczas dogrywki straciliśmy bramkę na 1:2. W ostatnim sezonie i teraz też Crvena grała w Lidze Mistrzów, więc cieszy wynik, jaki osiągnęliśmy z takim mocnym przeciwnikiem. Natomiast, 8 spotkań rozegraliśmy właśnie w Lidze Europy. Dobrze to pamiętam i wspominam.

R: Wtedy zabrakło niewiele, abyście awansowali do fazy pucharowej Ligi Europy. Spartak był trzeci w grupie tracąc do Fenerbahce zaledwie jeden punkt?

– Tak. Ten ostatni mecz był za cztery punkty, jednak liczą się wyniki. Historia nie pyta o stan zespołów, mimo że te drużyny miały sporo problemów w tym czasie; także i my. To były piękne chwile i z pewnością będę je pamiętał przez całe życie.

R: W Lidze Europy 3 razy zachowałeś czyste konto i Spartak wtedy zawsze zdobywał punkty, zwycięstwo 1:0 i 0:0 z Anderlechtem, a także wygrana z Fenerbahce 1:0?

– Z słowackich bramkarzy, którzy grali w europejskich pucharach, mam najlepszy wynik pod tym względem. Cieszą mnie takie statystki. Wtedy razem z Spartakiem Trnava pobiliśmy rekord osiągając te siedem punktów. Teraz obserwuję Slovan Bratysława (grupa K – LE – przyp. red.), ponieważ mają na swoim koncie cztery „oczka”. W ich wykonaniu całkiem obiecujący był początek, ale potem przegrali kilka spotkań. Teraz zostały im dwa pojedynki do końca (vs. Besiktas, vs. Braga – przyp. red.), więc zobaczymy czy uda im się pobić te osiągnięcie. Te moje trzy spotkania na zero, to była zasługa całej drużyny. Wszyscy w Trnavie dobrze to pamiętają. Często, gdy tam bywam, to ludzie podchodzą, rozmawiają, proszą o zdjęcia. Do tej pory również kibice do mnie piszą i obserwują grę w Górniku.

R: Idąc do polskiej ligi na pewno znałeś Legię Warszawę, którą wyeliminowaliście w 2 rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów. Ty wtedy w stolicy Polski zanotowałeś asystę przy bramce na 0:2, a czy wiedziałeś coś więcej o Ekstraklasie?

– Wcześniej często rozmawiałem o Ekstraklasie. U nas w szatni był Patryk Małecki, który przyszedł z Wisły Kraków , Dobrivoj Rusov z Piasta Gliwice, czy Boris Godal i Jan Vlasko (któremu właśnie asystowałem) z Zagłębia Lubin, więc niektórzy mieli doświadczenie z gry w Polsce. Przez te rozmowy właśnie poczułem, że mogę zrobić transfer do Ekstraklasy i jestem zadowolony mogąc dzisiaj grać w Górniku.

R: Po meczach w Zabrzu zawsze ostatni schodzisz do szatni, czasami trzeba na ciebie naprawdę długo czekać. Z czego to wynika?

– Jestem takim typem człowieka. Potrafię powiedzieć nie, ale szanuję wszystkich kibiców. Wiem, że niektórzy na mecz muszą przejechać spory dystans. Jeśli ktoś spyta o autograf czy zdjęcie, to nigdy nie odmawiam. Jestem wdzięczny za doping czy to na meczach domowych czy wyjazdowych, więc stąd się to bierze. Zawsze też chętnie porozmawiam. To jest oznaka mojego szacunku do kibiców. Nigdy nie było to wymuszone, ale naturalne, szczere.

R: Martin, poza piłką prowadzisz swoją stronę internetową, gdzie opowiadasz o zdrowym żywieniu, ale także psychicznej przemianie, byciu szczęśliwym. Jak udaje ci się to łączyć?

– Mam bardzo dużo zainteresowań i pomysłów. Ostatnio nawet razem z Baidoo i jego bratem zaangażowałem się w produkcję ziaren kakaowca w Afryce. Lubię gorzką, ciemną czekoladę, więc może pod moją marką coś się uda. Teraz mam taki pomysł (śmiech). Jestem takim człowiekiem, że mam w sobie sporo motywacji, pełno pomysłów z niczego, na przykład tak, jak było z tym kakaowcem. Takie rzeczy sprawiają, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Każdy ma 24 godziny i wykorzystuje je na swój sposób. Statystki pokazują, że w Stanach ludzie cztery godziny dziennie przeznaczają na oglądnie telewizji. Zrobiłem sobie taki plan, co, kiedy i ile czytam, ponieważ zauważyłem, że też spędzałem sporo czasu czy to surfując po internecie czy mediach społecznościowych. Każdy ma swoją pracę, czas, lecz dużo osób po prostu boi się sukcesu, zmian w życiu i nie działa. Mam swoje stare cele i wciąż nowe (śmiech), ale skupiam się na nich i je realizuję. Wierzę, że projekty, które robię także o żywieniu czy byciu szczęśliwym pomagają również innym. W ramach tego, co wiem staram się pomóc.

R: Jesteś autorem kilku książek, skąd u ciebie tyle pasji do różnych rzeczy?

– Nad jedną książką pracuję już parę lat i mam napisane 500 stron, lecz wciąż coś dopisuję. Jest ona o diecie nisko węglowodanowej. Piszę ją z moim znajomym, który jest bardzo znany w Słowacji. Stworzył on nawet aplikację, która bada ile biegając na bieżni spalasz tłuszczu czy węglowodanów. Ogólnie wydałem dwie książki w wersji elektronicznej, a następnie połączyłem je w jedną całość i powstała wersja drukowana. Książki są po słowacku, ale może uda mi się kiedyś wydać także polską wersję.

R: Wchodząc na poszczególne działy na stronie możemy napotkać artykuły, teksty, w których opisujesz dokąd zmierza świat, jak być szczęśliwym. Wielu ludzi już zmotywowałeś, co widać po komentarzach, ale dalej motywujesz ludzi do działania, szczęścia?

– Tak, dokładnie. Teraz na Instagramie rozpocząłem nowy projekt o nazwie: „Bądź wyjątkowy”. Razem z moją dziewczyną prowadzimy go dla osób, którzy interesują się rozwojem osobistym i przekazujemy, jak odnieść sukces. Wiem po sobie, że idąc krok po kroku można wszystko zmienić. Uważam, że dużo ludzi popełnia błąd w swoich codziennych nawykach, przyzwyczajeniach. Stąd mój projekt na Instagramie. Chcę pokazać, że nie zarabiając wielu pieniędzy można być wyjątkowym, szczęśliwym i robić coś na sto procent. Mam pragnienie, aby pokazać, jak być wyjątkowym w małych rzeczach.

R: Potrafisz bardzo dobrze mówić po angielsku, polsku i oczywiście słowacku. Skąd masz takie umiejętności?

– W szkole miałem niemiecki, więc znam jeszcze kilka słów. Jestem takim człowiekiem, że lubię zmiany i się ich nie boję. Chciałbym jeszcze kiedyś iść pograć do Rosji, Turcji czy Niemiec i nauczyć się również tych języków; na zakończenie może Chiny? Jest to związane z tym rozwojem osobistym, o którym mówiłem.

Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.p