Nie wiem, czy ci chłopcy, którzy grają w Górniku dziś, do końca zdają sobie sprawę z tego, jak wielki to klub

Pionek  -  11 października 2018 18:46
12440

Łukasz Madej udzielił wywiadu dla weszło.com, gdzie bardzo wiele poświęcił czasu m.in. Górnikowi, swoich planów managerskich i współpracy z Jarosławem Kołakowskim, który nota bene jest managerem wielu piłkarzy Górnika. Poniżej prezentujemy fragmenty wywiadu. Całość do przeczytania tutaj.

Dobra, przyznaj, że Urban przekonał ciebie i wielu piłkarzy przede wszystkim lekkimi treningami. 
– Gdzie tam. Kiedyś jeden z moich trenerów powtarzał takie słowa: „na zaś to my się nie najemy, nie naruchamy i nie natrenujemy”. Taka jest prawda. Można trenować dużo, ale głupio. Najlepszy przykład to Górnik, w którym pracowałem z trenerem Żurkiem, choć „trener” to za dużo powiedziane. U niego była typowa pokazówka. Żeby błysnąć przed mediami, w mikrocyklu przedmeczowym robił po dwa treningi dziennie. W sezonie jest wiele momentów, w których należy ciężko pracować, ale to nie był ten i wiemy, jak to się skończyło. Pamiętam też, jak to wyglądało w Śląsku przed przyjściem Urbana. Cały czas chodziłem i mówiłem trenerowi Rumakowi, że źle trenujemy i przez to jesteśmy zamuleni. On się upierał, że nie. Potem przyszedł Urban, poukładał to jak należy i ze starego wraka Madeja zrobił piłkarza, który prawie zawsze był w czołówce drużyny pod względem przebiegniętego dystansu. I szybkościowo tak samo. Czyli wcześniej – choć trenowaliśmy ciężej – coś było nie tak. Oczywiście są różne gusta i guściki, ale mi odpowiada taka współpraca. Nie wyszło mi przez wiele czynników, ale jednym z nich było właśnie to, że często na tych cykorów trafiałem. Gdybym w wieku 20 lat spotkał Nawałkę, Urbana czy Warzychę, czyli trenerów, z którymi pracowałem późno, grałbym w naprawdę dobrych klubach. Potrafili do mnie dotrzeć. 

Wracając do ciebie, trochę inaczej miało to wyglądać. Odgrażałeś się, że zostaniesz menedżerem piłkarskim, a nie menedżerem restauracji. 
– Spokojnie, już w tym kierunku działamy i niedługo przyjdą efekty. Restauracja będzie moją odskocznią, a menedżerka kontynuacją kariery w piłce. Zawsze mnie to kręciło. 

Pieniądze cię kręciły. 
– Każdego kręcą, nie oszukujmy się. Ale jeśli o nie chodzi, to każdemu mogę spojrzeć w oczy, bo nigdy nikogo nie oszukałem. Grałem w wiadomych czasach, a nie byłem nawet o nic podejrzany. Tak samo uczciwie chciałbym działać jako menedżer. Mam też doświadczenie, które chcę przekazać. Możesz mieć agenta, który wcześniej sprzedawał bułki i postanowił, że teraz będzie handlował piłkarzami – nikomu tego nie zabraniam, jeszcze mamy wolny kraj – ale to nie to samo. 

Jakie doświadczenia mogą pomóc? 
– Te złe, bo wiem, jak na pewno nie powinienem działać. Kiedyś współpracowałem z Jarkiem Kołakowskim, który brał pieniądze zarówno ode mnie, jak i od klubu. Gdy spotykam chłopaków, którzy mieli z nim styczność, jest to aż przykre. Wciska im te same gadki, co mi lata temu, ale ostrzegam ich, by trzymali się jak najdalej od tego człowieka. Bo gdy jest dobrze, to on jest, a gdy idzie słabiej, to zawija się jako pierwszy. Ja chcę działać inaczej i liczę, że piłkarze szybko się o tym przekonają. Moim marzeniem jest zrobienie transferu, który nie wyszedł mi jako piłkarzowi. A ja swoje marzenia realizuję.

Plany miałeś inne też dlatego, że chyba jeszcze planowałeś trochę pograć. 
– Kiedyś myślałem, że moim ostatnim klubem w ekstraklasie będzie Górnik Zabrze, a później wrócę do ŁKS-u. Ale wiadomo, jak to z planami bywa.

No właśnie, w twoim przypadku w zasadzie każde pożegnanie wiązało się z jakimś z niesmakiem. Choćby w Górniku byłeś przesunięty do rezerw. 

– Nad tym ubolewałem, bo uwielbiam to miejsce. Nie wiem, czy ci chłopcy, którzy grają w Górniku dziś, do końca zdają sobie sprawę z tego, jak wielki to klub. Tam na każdym kroku czujesz wspaniałą historię i ta atmosfera jest czymś wyjątkowym. Mnie, gorola, przyjęto tak, że czułem się jak w domu. Może i mistrzostwo, Puchar Polski i Superpuchar zdobyłem gdzieś indziej, ale nigdzie nie czułem się tak dobrze. Tym bardziej szkoda, że pożegnałem się w takich okolicznościach. O tym okresie można powiedzieć wiele złego, ale kluczowe było to, że gdy odszedł Ojrzyński, to kierownicę oddano w nieodpowiednie ręce. Ten, który ją wziął, powinien wziąć też odpowiedzialność za spadek. Utrzymanie z Żurkiem to było mission impossible. Po decyzji o odsunięciu mnie, Golańskiego i Korzyma zawodnicy chcieli iść do trenera i prosić go o to, by tego nie robił, bo byłem ważną postacią w szatni. Na początku myślałem, że to może wstrząsnąć chłopakami. Okazało się, że kompletnie nie zadziałało. Pamiętam rzut wolny w 89. minucie w przedostatnim meczu. Paweł Golański strzelił z tego miejsca wiele bramek. Puszczam wodze fantazji, ale kto wie – może wtedy też trafiłby na wagę utrzymania, a nawet nie mogliśmy się o tym przekonać. Żurek miał zresztą wiele słabych zachowań. Takiemu Golańskiemu potrafił wytykać błędy przy kibicach, żeby wybielić za wszelką cenę siebie. A trener musi być z drużyną. I Górnik spadł właśnie wtedy, gdy po 31. kolejce i meczu z Wisłą, trener stanął ramię w ramię z kibicami. Każdy popełniał błędy – my jako piłkarze, trener Ojrzyński, ale Górnika z ligi spuścił przede wszystkim Żurek i trzeba o tym pamiętać.

Źródło: weszlo.com
Foto: Roosevelta81.pl