Górnik Zabrze niezwykle udany dla siebie sezon PKO BP Ekstraklasy zakończył demolką nad Radomiakiem i wicemistrzostwem Polski. Po sobotnim starciu wywiadu podsumowującego minione rozgrywki udzielił kapitan drużyny z Roosevelta, Erik Janża.
Kilka miesięcy temu pomyślałbyś, że taki piękny medal będzie wisiał na twojej szyi?
- Cały czas mieliśmy to gdzieś z tyłu głowy, ale nikt o tym głośno nie mówił. Chcieliśmy po prostu pracować w ciszy i spokoju, no i widać efekty. Prezentowaliśmy dobry poziom przez cały sezon i dlatego skończyliśmy na drugim miejscu. Jest naprawdę super.
Kiedy skończyła się ta cisza? Od pewnego czasu tego spokoju już przecież nie mieliście. Po zdobyciu Pucharu Polski wszyscy dookoła mówili: "Górnik i Liga Mistrzów".
- Myślę, że po wygraniu finału poczuliśmy, że nie mamy już nic do stracenia. Mogliśmy powiedzieć: "dobra, idziemy po to". Wtedy jeszcze celem było mistrzostwo Polski. Niestety nie udało się, gratulacje dla Lecha Poznań, ale cały czas wierzyliśmy w wicemistrzostwo. Wiemy, co daje drugie miejsce - gwarantuje minimalnie sześć meczów w europejskich pucharach. Mam nadzieję, że tego dożyjemy, więc po prostu cieszymy się, że nam się udało.
Ostatni mecz wygraliście aż 6:2. Biorąc pod uwagę stawkę spotkania, można było się spodziewać trzęsących się nóg, a tymczasem poszło wam bardzo szybko.
- Mamy bardzo doświadczony zespół. Rozmawialiśmy o tym wyzwaniu przez cały tydzień. Finał Pucharu Polski również dał nam cenne doświadczenie w meczach o taką stawkę. Każdy był maksymalnie skupiony. Wiedzieliśmy, że rywale grają już o nic, a takie spotkania często bywają najtrudniejsze, bo przeciwnik gra na pełnym luzie. My jednak od pierwszej minuty pokazaliśmy, że po prostu bardziej zależy nam na zwycięstwie. Mecz dobrze się dla nas ułożył, szybko strzeliliśmy jedną, potem drugą bramkę i później było już zdecydowanie łatwiej.
Kwalifikacje do Ligi Mistrzów w Zabrzu... Jak to brzmi? Masz jakiegoś wymarzonego przeciwnika?
- Brzmi to rewelacyjnie. Nie mam wymarzonego rywala i szczerze mówiąc, w ogóle o tym teraz nie myślę. Co ma być, to będzie.
Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, czy wicemistrzostwo wam się należy, to w dzisiejszym meczu ostatecznie je rozwialiście. Każdy kolejny gol jeszcze bardziej was nakręcał.
- To prawda. Po każdym golu powtarzaliśmy sobie: "dawajcie, idziemy po więcej". Gdzieś z tyłu głowy mieliśmy też to jesienne spotkanie z Radomiakiem, z którym przegraliśmy 0:4. Chcieliśmy się po prostu zrewanżować. W dwumeczu wychodzi więc remis sześć do sześciu, rachunki wyrównane, a my kończymy sezon ze srebrem. Jest fantastycznie.
Kiedy ten sezon się zaczynał, spodziewałeś się, że to wszystko potoczy się w ten sposób? Puchar Polski, wicemistrzostwo... Rozmawialiście o tym w szatni, stawialiście przed sobą aż tak wysokie cele? Cała Polska jest wami trochę zaskoczona.
- Nie ma co ukrywać - od pierwszego dnia trener mówił, że zdobycie Pucharu Polski jest naszym celem. Chcieliśmy zobaczyć, jak daleko zajdziemy, i ostatecznie udało się go wygrać. Z kolei liga była wielką niewiadomą. Początkowo nikt nie wiedział, jak to wszystko się potoczy, ale szybko okazało się, że stawka jest wyrównana. Jeśli porównamy punktację czołówki z tego i poprzedniego sezonu, widać wyraźną różnicę. To był idealny moment dla takich klubów jak nasz, aby udowodnić, że możemy walczyć z każdym do samego końca. Im bliżej byliśmy finiszu, tym mocniej wierzyliśmy, że to może być "ten" sezon. Jestem niesamowicie szczęśliwy i dumny z chłopaków, sztabu szkoleniowego i całego klubu. Oby tak dalej! Zdaję sobie jednak sprawę, że kolejny rok będzie zdecydowanie trudniejszy.
W ten sposób zbudowała się prawdziwa drużyna - zarówno na boisku, jak i poza nim.
- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o relacje poza boiskiem, w naszej szatni nigdy nie było z tym problemów. Oczywiście potrzebowaliśmy trochę czasu po przerwie zimowej, bo dołączyło do nas kilku nowych chłopaków i wypracowanie odpowiednich automatyzmów zajęło nam parę spotkań. Niemniej, to był kapitalny sezon i każdy zawodnik dołożył swoją cegiełkę do końcowego sukcesu.
Wszystko ułożyło się wręcz kosmicznie: STS Puchar Polski, wicemistrzostwo, zmiany w klubie. Wszyscy w Zabrzu marzą o powrocie wielkiego Górnika, więc w przyszłym sezonie z pewnością będzie ciążyć na was spora presja.
- Zgadza się, będzie znacznie trudniej. Do Ekstraklasy wracają wielkie firmy, jak Śląsk czy Wisła Kraków, co będzie miało ogromne znaczenie dla całej ligi, bo to w końcu uznane marki. Z drugiej strony, rywale będą teraz podwójnie zmotywowani i znacznie ostrożniejsi, gdy przyjedzie do nich Górnik. Podobnie było z nami w minionym sezonie, kiedy graliśmy przeciwko topowym drużynom. To naturalne, że każdy chce pokonać medalistów i udowodnić swoją wyższość. Musimy mieć to na uwadze. Teraz czas na solidny odpoczynek, a potem ciężką pracę, bo czeka nas długi i wymagający okres przygotowawczy.
Świętowanie po takim sukcesie będzie długie? Masz już załatwionego kierowcę na jutro?
- Pewnie tak, chociaż ja akurat jutro rano wracam do Słowenii, na zgrupowanie kadry narodowej. Będę musiał sam usiąść za kółkiem, więc alkohol z mojej strony odpada. Na szczęście świętować można na wiele sposobów!
Czysto personalnie, to chyba twój najlepszy sezon w karierze? Oprócz drużynowych trofeów dołożyłeś też cztery bramki, co nigdy wcześniej ci się nie zdarzyło. Czujesz, że jesteś w życiowej formie?
- Można tak powiedzieć. Niektórzy pisali w internecie, że "Janża już stary", że już nie potrafi grać, ale ja znam swoją wartość. Miewam lepsze i gorsze momenty, ale zawsze wierzę w swoje umiejętności. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że wygrywa drużyna. To, czy ja sam zanotuję dziesięć asyst i dwie bramki, czy odwrotnie, schodzi na dalszy plan.
Po finale Pucharu Polski zareagowałeś bardzo emocjonalnie. Czy przemknęło ci wtedy przez myśl, że zdołacie dołożyć do tego jeszcze wicemistrzostwo i awans do eliminacji Ligi Mistrzów? Spodziewałeś się, że ta lawina pozytywnych zdarzeń nabierze aż takiego tempa?
- Wtedy już tak, uwierzyłem, że możemy pójść za ciosem. Liczyłem nawet, że powalczymy z Lechem o sam szczyt, ale po porażce w bezpośrednim meczu w Zabrzu straciliśmy na to szanse. Bardzo zależało nam jednak na obronie drugiego miejsca, które daje przepustkę do pucharów. Dla takiego klubu, całego miasta i naszych kibiców to coś wspaniałego. Czeka nas naprawdę fajne lato.
Co było dla was takim przełomowym momentem? Zdobycie Pucharu, czy może wejście na zwycięską ścieżkę po zimowej przerwie?
- Wszystko miało znaczenie. Oczywiście, po zdobyciu trofeum zeszło z nas sporo ciśnienia. Nie powiem, że kolejne mecze ligowe graliśmy całkowicie "na luzie", ale nie odczuwaliśmy już tej presji, że musimy wygrywać za wszelką cenę.
Kiedy rozmawialiśmy podczas zimowych przygotowań w Turcji, widać było spore nadzieje na dobrą rundę. Czy po pierwszych treningach z nowym sztabem i przebudowanym zespołem wierzyłeś, że ten sezon zakończy się aż tak spektakularnie?
- Szczerze? Nie przypuszczałem, że to wszystko pójdzie aż tak dobrze. Widziałem jednak, jaki pomysł na grę ma trener i byłem pewny, że będziemy drużyną znacznie trudniejszą do pokonania. Od początku kładł duży nacisk na defensywę, co było kluczowe, bo w Zabrzu z atakiem raczej nigdy nie było problemu - szwankowała obrona. Szkoleniowiec to poukładał, klub ściągnął jakościowych zawodników i to przyniosło efekt. Gdyby jednak ktoś przed sezonem powiedział mi, że skończymy z Pucharem Polski i wicemistrzostwem, z pewnością bym nie uwierzył.
Na koniec: będzie wam brakowało Lukasa Podolskiego na treningach?
- Zdecydowanie tak. Będzie nam brakować jego pokrzykiwań i słynnych strzałów z dystansu. Znając go jednak, jestem przekonany, że nadal będzie spędzał sporo czasu w naszej szatni i niewykluczone, że od czasu do czasu dołączy do nas na zajęciach.






