Co dla jednych jest podłogą, to dla innych staje się sufitem

Torcidos  -  18 grudnia 2017 22:44
7834

Poniedziałek, godzina osiemnasta, na dworze mroźno. Ktoś zauważa, że na tym stadionie jeszcze tak niskiej frekwencji w tym sezonie nie było. Ile tych kibiców może być? 5-6 tysięcy? Więcej nie, przecież to tylko Ekstraklasa. Na mistrza Polski w sobotę przyszło nawet nie 14 tysięcy. A na Lecha w niedzielę zaledwie osiem.

Ale potem patrzysz, że to chodzi o Arenę Zabrze. O stadion, który pod względem ilości kibiców jest na europejskim poziomie. A wiecie o co z tym chodzi. Kiedy patrzycie na mecz Bundesligi nie zwracacie uwagi na zapełnione do ostatniego miejsca trybuny. To jest coś na tyle powszedniego, że nikt już na to nie zwraca uwagi. A w Polsce pełen stadion musi oznaczać bardzo duże wydarzenie. Może to derby Krakowa, albo Lech mierzy się z Legią? W innym przypadku raczej taka sytuacja jest nie do wyobrażenia. Aż do tego sezonu, kiedy Górnik pokazał, że można niezależnie od rywala, niezależnie od terminu i niezależnie od pogody zapełnić trybuny. Dziewięć razy Arena Zabrze gościła komplet publiczności, a raz zabrakło niecałych dwóch tysięcy.

W końcu jednak przyszedł moment, gdy i lekki kryzys zagościł przy Roosevelta. Ekstraklasa dalej bowiem woli promować mecze Legii i Lecha w prime time, chociaż te nie bronią się ani grą, ani frekwencją na trybunach. A Górnik, który jest wizytówką ligi musi grać w poniedziałek, kiedy ludzie muszą na głowie stanąć, żeby po pracy zdążyć na spotkanie. No i udało się, pierwszy raz na trybunach Areny Zabrze nie było 20 tysięcy. Było nas zaledwie 18 tysięcy.

W poniedziałek.

Z Cracovią.

Co dla jednych jest podłogą, to dla innych staje się sufitem 

Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl