Wyjazd do Warszawy “Okiem Żabola”. Szlachta z Zabrza!

Kaszpir  -  23 listopada 2017 20:41
7328

Na mecz z Legią bilety wśród kibiców Górnika rozeszły się błyskawicznie. Do Warszawy wybrało się 1790 fanów, udających się na mecz w dwóch grupach. Część kibiców jechała autokarami, a druga część pociągiem specjalnym. Wśród tych jadących “cugiem” był i autor poniższego tekstu, który z lekkim przymrużeniem oka (Żabola), chce przybliżyć wrażenia wszystkim tym, którzy na Łazienkowskiej nie mogli być tego wieczoru.

Miejscem naszej zbiórki wyznaczonej na godzinę 10:30, był dworzec w Zabrzu. Jest nas tam ok. 1000 osób w oczekiwaniu na “specjala”. Kiedy podjeżdża, pakujemy się do przedziałów i punktualnie kwadrans po jedenastej następuje odjazd.

Podróż przebiega w miłej atmosferze, słychać śpiewy, okrzyki itp. Kierownik pociągu oznajmia, że w Warszawie powinniśmy  pojawić się ok. 15.40, jednak robi nam miłą niespodziankę i na dworcu Warszawa Zachodnia meldujemy się kilkanaście minut wcześniej.

Wyskakujemy na peron, gdzie “wita” na nas komitet powitalny w białych kaskach. Idziemy przejściem na miejsce, w którym oczekuje już komunikacja miejska. Autobusów jest za mało, więc będziemy jechać na raty. Łapiemy się na pierwszy transport i ruszamy w stronę Łazienkowskiej. Staramy się nie tylko śpiewać całą drogę, ale również pozdrawiać mieszkańców stolicy i to tak by nie ominąć nikogo. Miejscowi to jakiś nerwowy naród, wymachując rękami cały czas coś krzyczą w naszą stronę, a w najlepszym przypadku jakoś tak dziwnie patrzą. No nic – mniejsza z tym.

Podjeżdżamy na miejsce, skąd do bram stadionu jest kilkaset metrów. Ruszamy dziarsko, dochodzimy do wejścia i tu pierwsza niemiła niespodzianka. Stoimy. Kierownik wycieczki informuje nas (przez megafon), żebyśmy nie śpiewali, nie napierali i w ogóle byli grzeczni – to wejście odbywać się będzie sprawnie. No cóż, my jesteśmy szlachta z Zabrza, tłumaczyć nam dwa razy nie trzeba i jako tako dostosowujemy się do zaleceń. Zaczęliśmy rzeczywiście wchodzić. Ostatni kibic podobno wszedł po ok. 2,5 godzinach…no to naprawdę sprawnie poszło. Z wyjściem było jeszcze lepiej o tym jednak trochę później.

Wchodzimy na sektor, każdy gdzieś tam się lokuje i od razu zaczynamy pozdrawiać gospodarzy, ci nie pozostają nam dłużni. Tak w tej miłej atmosferze mijają szybko chwile do rozpoczęcia spotkania. Kiedy arbiter gwizdał po raz pierwszy, my jechaliśmy już na pełnej. Doping był konkretny, nie ustawał, ale bramka dla Górnika wywołała prawdziwą eksplozję radości. To było mega, warto było przyjechać choćby dla tej chwili. Każdy czuł, że “banda” Brosza złapała właśnie Legię za gardło i zrobi z nią to, co z wieloma innymi przeciwnikami tej rundy. Niestety, za moment okazało się, że żadnej bramki nie ma, a nasza euforia okazała się przedwczesna. Znowu ten VAR, k…..a mać niemożliwe, jednak kilka minut później nasze wku….e sięgnęło zenitu, kiedy sędzia wskazał na wapno po interwencji Tomka Loski. Nawet Steve Wonder zauważyłyby, że “Gienek” najpierw trafił w piłkę, więc arbiter zamiast VAR-u raczej powinien skorzystać z porad okulisty.

Gospodarze przygotowali na ten mecz oprawę, a nawet dwie. Dziesiątki, jeśli nie setki rac rozświetliło cały obiekt. Wyglądało nieźle. Dało się zauważyć jednak, że warszawskie VIP-y są chyba bardzo wrażliwe na dym z owego piro. Kiedy nadciągała nad ich sektory szara chmura, zaczęli opuszczać swoje miejsca. Widząc to chłopaki z Torcidy zareagowali natychmiast, próbując przyjść z pomocą. W ruch poszły gaśnice, ale nie tylko. “Fojerman”, tak przejął się krzywdą wyrządzaną na naszych oczach miejscowym fanom, że postanowił rozwinąć szlauch z hydrantu. Dobrą chwilę rozbryzgiwał strumień wody po zadymionych trybunach, robił to z taką wprawą, że cały sektor skupił się właśnie na nim. Na nic niestety ofiarna pomoc, źródło ognia było zbyt daleko, a wysiłki naszych “Fojermanów” nie znalazły chyba zrozumienia wśród ratowanych. Cóż taka ludzka wdzięczność.

Wróćmy do samego meczu, który nasi piłkarze niestety przegrali. Za wielkie zaangażowanie, dziękujemy im po zakończeniu spotkania. Zasłużyli na to, jak w całym sezonie zresztą. Powoli ruszamy do wyjścia.

Wiedząc, że przyjdzie nam czekać blisko godzinę, aż zostaniemy wypuszczeni ze stadionu cierpliwie czekamy pod bramą. Czas płynie, a tu nikt nie kwapi się jednak do jej otwarcia. Zaczynamy więc zagadywać miłą blondynkę z ochrony, czy mogłaby rozwiązać ten problem. Padają różne propozycje np. węgiel na zimę, wszystko na nic, pozostaje niewzruszona. Zaczynamy się powoli niecierpliwić, ale cóż to, pojawia się światełko w tunelu, a właściwie pan Mietek.

Nie wiadomo, czy ten wyglądający na fachowca od wszystkiego jegomość, tak miał na imię, ale wyglądał jak Mietek, to został Mietkiem. I tu warto chwilę poświęcić naszemu bohaterowi. Duża głowa, wielki wąs, cały Mietek to w ogóle wielki chłop. W swojej wielgachnej –  jak bochen chleba – ręce, trzymał czarną torbę, w której miał na pewno klucze do wszystkich drzwi i bram na stadionie. Okazało się niestety, że do naszej nie miał. I w ogóle to wyglądał właściwie jak kopidoł (grabarz dla niekumatych), a nie “pan złota rączka”. Nadzieja odpłynęła, a nerwy coraz większe.

Czemu nikt nas nie wypuszcza? Po przeciwnej stronie ogrodzenia zostaje rozstawiony szpaler “smutnych panów”. O co chodzi? Autobusy są już dawno podstawione, a my dalej czekamy, aż ktoś otworzy tą cholerną bramę. W końcu jeden z policjantów otwiera ją, ale pozostali jego koledzy tak są ustawieni, że ledwo starcza miejsca na pojedynczą osobę, żeby się mogła przecisnąć. O nie, tak nie pozwolimy się traktować i zapada decyzja: Nie wychodzimy.


Fot. Torcida Górnik

Cała sytuacja wydłuża się, w końcu “dbający o bezpieczeństwo” nieco ustępują, cofając się o krok. Zaczynamy wychodzić, ale kto był na miejscu wie jak to wyglądało. Osoby przechodzące przy ogrodzeniu były siłą nacisku tłumu mocno dopychane do siatki. Czy tak wygląda bezpieczne wypuszczanie kibiców? Do tej pory tekst był pisany w luźnej formie z przymrużeniem oka, tu jednak żarty się kończą. Co mogłoby się wydarzyć, gdyby niemal dwa tysiące ludzi stłoczonych w jednym miejscu, ktoś nagle sprowokował? Jeśli komuś brakuje na tyle wyobraźni, to polecam obejrzeć filmy o tragedii na Hillsborough w Anglii. Tam na skutek nieprofesjonalnych działań policji doszło do nieszczęścia.  

Wydostajemy się stopniowo na zewnątrz i udajemy się w stronę autokarów. Niestety, po raz kolejny było ich niewystarczająco, więc nie wszyscy załapali się na pierwszy kurs. Ci, którzy zostali (w tym autor) stoją teraz na ulicy, marznąc i czekając na powrót transportu (a tego dnia p..dzi jak w kieleckiem, choć to Warszawa). W końcu są, żółto-czerwone przegubowce, ładujemy się do nich i tak docieramy do naszego do naszego “specjala”. Szybko wchodzimy do przedziału – jak tu ciepło i sucho. Po kwadransie, jedziemy.

Czas i droga znów mijają dosyć szybko, niektórzy próbują drzemki, ale różnie z tym bywa, ponieważ co jakiś czas daje się słyszeć głośne: NA WYJAZDACH NIE MA SPANIA! No i tak wesoło jakoś leci. Im bliżej celu, tym za oknem widać jak mijane wioski (m.in. Dąbrowa, Sosnowiec) pokrył białych puch. W końcu docieramy do Zabrza ok. 3:30.

Normalni ludzie o tej porze w poniedziałek szykują się do pracy, ale my nie jesteśmy normalni. MY JESTEŚMY PO…NI, MY GÓRNIKA ZABRZE FANI.

Do następnego.

Jadymy durch!

TEKSTY PUBLIKOWANE W DZIALE “OKIEM ŻABOLA” SĄ PRYWATNYMI OPINIAMI AUTORA

Źródło: Roosevetla81.pl
Foto: Roosevelta81.pl