
Michal Sacek był jednym z najgłośniejszych transferów Górnika Zabrze minionego lata. Czeski obrońca trafił na Roosevelta z Jagiellonii, z którą sięgnął po mistrzostwo Polski. Na początku swojej przygody na Śląsku długo dochodził do siebie po kontuzji, ale dziś należy do kluczowych graczy trenera Michala Gasparika. W rozmowie z serwisem Roosevelta81.pl "Saczo" opowiada o problemach z diagnozą kontuzji w Białymstoku, rzucie karnym wywalczonym na Chorten Arena, a także o swoich aspiracjach na nadchodzący sezon.
Oglądasz mistrzostwa świata? Masz jakieś ciekawe wnioski?
- Francja jest bardzo mocna, świetnie się ją ogląda. Niestety, Czechów już w turnieju nie ma.
Jak w Czechach przyjęto słaby turniej w wykonaniu reprezentacji?
- Z tego, co słyszę i czytam - rozczarowanie jest spore. Trener właśnie odszedł. Według mnie po prostu nie graliśmy dobrze. Byliśmy bardzo defensywni i nie wyglądało to najlepiej.
Nie wyszliście z grupy, ale patrząc na cały przekrój turnieju, co jest dla Ciebie największą niespodzianką? Odpadnięcie Holandii, Niemiec?
- Odpadnięcie Niemców na pewno. Oglądaliśmy ich mecz i nie wyglądali dobrze. Utrzymywali się przy piłce, ale nie stwarzali sobie sytuacji. Myślę, że ich wczesne pożegnanie z turniejem to wielka niespodzianka.
Kto według Ciebie zdobędzie mistrzostwo? Wskazałeś na Francję, ale czy widzisz jeszcze kogoś?
- Obserwując Francję, widzę w niej wielkiego faworyta. Z drugiej strony byłoby fajnie, gdyby wygrał ktoś nowy, bo przecież w historii triumfowało tylko kilka reprezentacji. Chciałbym jakiejś odmiany, ale mimo wszystko stawiam na Francuzów.
To Twój pierwszy od dawna okres przygotowawczy, który możesz przepracować od A do Z. Jak czujesz się fizycznie i co najważniejsze - jak zdrowie?
- Czuję się bardzo dobrze i normalnie trenuję. Nie ma już powtórki sprzed roku, kiedy kontuzja wyeliminowała mnie na długi czas. Teraz jestem zadowolony, zaliczyłem wszystkie treningi i całe bieganie przed sezonem. Najważniejsze, żeby trzymało się mnie zdrowie. Mocno popracowaliśmy i jeszcze sporo przed nami, ale czuję się świetnie.
Z perspektywy czasu transfer do Zabrza okazał się strzałem w dziesiątkę. W Białymstoku mieli problemy z Twoim leczeniem, a w Górniku postawiono odpowiednią diagnozę i wróciłeś do pełni sił.
- Tak. Przychodząc do Górnika, miałem nadzieję, że od razu zacznę treningi, ale ból cały czas się utrzymywał. Skonsultowało mnie wielu lekarzy. Ostatecznie przeszedłem zabieg w Belgii, który ogromnie mi pomógł. Może gdybym usłyszał taką diagnozę, zdecydowałbym na niego od razu po odniesieniu kontuzji, byłbym gotowy do gry pół roku wcześniej. No ale tak to się potoczyło. Najważniejsze, że teraz jest dobrze.
Jak dokładnie wyglądało leczenie w Jagiellonii? Uciekały kolejne miesiące, a Ty wciąż byłeś poza grą.
- Po urazie usłyszałem, że czeka mnie sześć tygodni przerwy i wrócę na boisko. Minął ten czas, a ja wciąż odczuwałem ten sam ból. Pojechałem do Belgii i tamtejszy lekarz zasugerował zabieg, ale dał też opcję leczenia zachowawczego. Spróbowałem bez operacji, jednak to nie przyniosło efektów i interwencja chirurgiczna okazała się ostatecznością. Najlepszą ostatecznością.
Pierwsza runda wiosenna w Zabrzu za Tobą. Jak ją podsumujesz?
- Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że będę grał więcej. Zacząłem obiecująco, ale potem na chwilę wyeliminował mnie drobny uraz mięśnia dwugłowego, a później pojawiły się problemy z sercem. Jeśli jednak mówimy o zespole, osiągnęliśmy świetny wynik, na który w pełni zasłużyliśmy. Z perspektywy drużyny oceniam ten czas bardzo pozytywnie.
Właśnie, a propos serca. Jak wspominasz tamtą sytuację? Doszło do tego w trakcie meczu.
- Zgadza się. Ponieważ podobną sytuację miałem już wcześniej dwa razy, od razu wiedziałem, co się dzieje. Uznałem, że lepiej zejść z boiska, żeby nie ryzykować czegoś poważniejszego. Dostałem tydzień wolnego, przeszedłem kompleksowe badania i wszystkie wyniki wyszły dobrze. Lekarze uprzedzili mnie, że takie incydenty mogą się sporadycznie powtarzać, ale wierzę, że tak nie będzie.
Nie ma chyba lepszego miejsca w Polsce na diagnozowanie takich problemów niż Zabrze - stolica polskiej kardiologii. To przecież tutaj odbył się pierwszy udany przeszczep serca.
- O, proszę. Tego nie wiedziałem!
Wróćmy jeszcze do samej gry. Jest jakiś moment z rundy wiosennej, który szczególnie zapadł Ci w pamięć?
- Pytasz o mnie indywidualnie? Bramki nie strzeliłem, asysty też nie zanotowałem... (śmiech).
A rzut karny w Białymstoku?
- O, tak! To była ważna bramka.
Jak w ogóle znalazłeś się w polu karnym Jagiellonii? Miało to jakiś związek z filmikiem, który wrzucili podczas Twojej kontuzji, kiedy szukali Cię przy Roosevelta?
- Nie, nie byłem na nich o to wkurw***y. Chłopaki z Jagiellonii od razu do mnie pisali i tłumaczyli, że nie mieli niczego złego na myśli. Nie przywiązywałem do tego wagi. Jeśli zaś chodzi o samego karnego w tamtym meczu - zamieniliśmy się pozycjami z "Olem", on asekurował prawą stronę, a ja poszedłem do przodu. Wpadłem w pole karne i sam do końca nie wiem, jak to się potoczyło. Ale wyszło super.
Nie umieli Cię znaleźć w Zabrzu, ale znaleźli we własnym polu karnym.
- Dokładnie tak było (śmiech)
Czy skala Górnika jako klubu, a także wsparcie kibiców, zrobiły na Tobie wrażenie po transferze?
- Raczej się tego spodziewałem. Pamiętam, że kiedy grałem tu jako przeciwnik, trybuny zawsze były pełne. Wchodząc na murawę w pierwszym meczu, od razu poczułem tę niesamowitą atmosferę. Rozmawiałem wcześniej z "Poldim" i Paciem Hellebrandem, którzy mówili mi, że to duży, ale jednocześnie bardzo rodzinny klub, gdzie każdy służy pomocą. Od samego początku czułem, że jestem w wielkim miejscu z potężnymi ambicjami.
Czego oczekujesz od nadchodzącego sezonu, przede wszystkim pod kątem indywidualnym?
- Cel numer jeden to zdrowie. Chcę być po prostu zdrowy i pomagać drużynie na boisku. Kiedy będę grał, postaram się dokładać asysty. Wiadomo, że w karierze nie strzelałem zbyt wielu goli, więc raczej nikt nie będzie tego ode mnie teraz wymagał.
Masz już przygotowaną "cieszynkę", na wypadek jak już coś wpadnie?
- Nie mam, to na pewno byłby absolutny spontan. Pomyślę nad tym. Ale mówiąc poważnie, moim głównym zadaniem jest gra i użyteczność dla zespołu.
Dostrzegasz duże różnice między Górnikiem a Jagiellonią, jeśli chodzi o organizację klubu, potencjał drużyny czy styl gry?
- Nie widzę ogromnych różnic. W Jagiellonii też mieliśmy wysoką jakość piłkarską, ale graliśmy tam trochę inaczej. Częściej utrzymywaliśmy się przy piłce i nie skupialiśmy się aż tak mocno na defensywie. Czasami kończyło się to "szalonymi" wynikami w stylu 4:3 - cieszyliśmy się ze zwycięstwa i czterech strzelonych bramek, choć traciliśmy trzy. Poziom obu drużyn oceniam podobnie.
Pracowałeś z trenerami, którzy uchodzą za czołówkę szkoleniowców PKO BP Ekstraklasy. Jak możesz porównać warsztaty Adriana Siemieńca i Michala Gasparika?
- Trener Siemieniec miał raczej w zwyczaju obserwować zajęcia z boku i rzadziej przerywał grę. Trener Gasparík z kolei dużo więcej koryguje podczas treningów, rozmawia z zawodnikami i bardzo dokładnie wyjaśnia, czego od Ciebie oczekuje.
Przed Górnikiem mecz o Superpuchar, a także starcie z Fenerbahce. Takie starcia działają na wyobraźnię?
- Zdecydowanie. Fenerbahce to wielka marka, a kiedy patrzy się na nazwiska zawodników, z którymi możemy zagrać, robi to ogromne wrażenie. Wierzę jednak, że jeśli będziemy stanowić zgrany zespół, zawsze mamy swoje szanse, a dobry wynik na starcie sezonu na pewno zbuduje nas mentalnie.
Rozmawiał: eMZet
Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl






