Górnik Zabrze po wylosowaniu AS Monaco był skazywany na sromotną klęskę, tymczasem w pierwszym meczu z drużyną z Księstwa Trójkolorowi zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i do końca liczyli się w grze o remis. Po końcowym gwizdku sędziego trener wicemistrza Polski nie ukrywał, że spodziewał się zupełnie innego przebiegu spotkania.
- Spodziewałem się innego meczu, widząc trzy ostatnie sparingi Monaco. Byłem trochę zaskoczony. Chłopaki od początku byli jednak pewni siebie i nie pozwolili rywalom na wykorzystanie ich atutów w tym, w czym są bardzo mocni - wysokiego pressingu i szybkiego doskoku po stracie piłki. Byliśmy w stanie z tego dzisiaj wychodzić i myślę, że przez większość meczu to my prowadziliśmy grę. Tego, ile kłopotów Monaco sprawiało w sparingach w ofensywie i defensywie przeciwnika, dzisiaj na boisku nie było - kiwa głową z uznaniem Michal Gasparik, szkoleniowiec Trójkolorowych.
Piłkarze AS Monaco w Zabrzu nie mieli łatwej przeprawy. - Rywale mieli swoje okazje, to normalne, bo graliśmy otwarty mecz i nie chcieliśmy być zamknięci. Nawet jeśli broniliśmy piątką, to tylko po to, żeby grać jeden na jeden w wysokim pressingu i doskakiwać do przeciwnika. Mamy szansę powalczyć w drugim meczu i sprawa jest otwarta. Na ich stadionie może to wyglądać trochę inaczej, ale chłopaki muszą podnieść głowy do góry. Musi być pozytywna atmosfera w całym klubie, mamy jeszcze jeden mecz i idziemy walczyć do końca - zapewnia 44-latek.
Górnik w starciu z faworyzowanym rywalem nie zamierzał kalkulować. - Od pierwszej minuty byliśmy ustawieni wysoko, grając jeden na jeden. Wykorzystaliśmy to, że Max Ditz jest "szóstką" i stoperem, ale piątką z tyłu staliśmy tylko wtedy, gdy broniliśmy niżej. W wysokim pressingu zawsze ktoś wyskakiwał, z tyłu zostawała często trójka lub dwójka, bo Erik Janża i Michal Sacek grali wysoko. Gdy rywale wyciągali nam Josemę, zostawaliśmy z tyłu dwójką - analizuje trener zabrzańskiej drużyny
- Ten system był dla mnie bardzo ofensywny, bardziej się już nie dało przeciwko ustawieniu 4-4-2 z dwoma napastnikami. W trakcie meczu właściwie nic nie zmienialiśmy. Max Ditz został na swojej pozycji. Przeciwnik grał momentami w takim "diamencie", gdzie stoperzy grali wyżej, jeden z przodu, drugi pod nim - i w tych sytuacjach Max grał jako "szóstka". Nie widziałem w tym meczu momentu, w którym chcielibyśmy wyłącznie się bronić. Gdybyśmy chcieli się bronić, nie stracilibyśmy bramki w 10. minucie - byliśmy wtedy tak otwarci, że zapomnieliśmy, jak ma wyglądać nasza "rest defense", i dlatego straciliśmy tego gola - wyjaśnia opiekun 14-krotnych mistrzów Polski.
Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl






