
Ferencvaros wywalczył awans do IV rundy eliminacji Ligi Europy po remisie z Górnikiem Zabrze 1:1. Po końcowym gwizdku sędziego pomocnik drużyny z Budapesztu - autor zwycięskiego trafienia z pierwszego meczu - Marius Corbu krytycznie ocenił postawę wicemistrza Węgier przy Roosevelta, ale też cieszył się, że w końcówce spotkania jego zespół pokazał charakter i odwrócił losy rywalizacji.
Pierwsze momenty meczu w Zabrzu były dla Ferencvaros drogą przez mękę. Górnik przejął zdecydowaną inicjatywę i raz za razem szturmował waszą bramkę.
- Zgadzam się, że to były dla nas trudne chwile i nie weszliśmy w ten mecz dobrze. Zabrakło nam odpowiedniej agresji i intensywności. Tak naprawdę w ogóle nas na boisku nie było. Trudno mi w tej chwili jednoznacznie powiedzieć, z czego to wynikało. Na pewno poddamy to głębokiej analizie.
Jak trudno radzić sobie z taką sytuacją na boisku, gdy czujesz, że początek spotkania zupełnie wam nie wyszedł? Czy można się z tego otrząsnąć w trakcie gry?
- Próbujesz dużo komunikować się z kolegami z drużyny, ale często po prostu nic nie słyszysz, bo na trybunach są dwadzieścia trzy tysiące ludzi, a wszystko dzieje się niezwykle szybko. Mówimy jednak o profesjonalnych zawodnikach, więc trzeba błyskawicznie zmienić nastawienie. W przerwie, gdy zeszliśmy do szatni, mogliśmy trochę ochłonąć, wszystko przemyśleć i na spokojnie omówić. Myślę, że dzięki temu w drugiej połowie było już widać zmianę w naszej grze.
Ale czy tylko niewielką? Odniosłem wrażenie, że dopiero w okolicach siedemdziesiątej minuty zaczęliście powoli wracać do gry. Czym ten Górnik różnił się od drużyny z pierwszego spotkania? Dlaczego ten mecz był dzisiaj aż tak trudny?
- Na pewno bardzo pomogli im kibice, ale mam też wrażenie, że po prostu dużo bardziej pragnęli zwycięstwa. W pierwszej połowie grali z ogromną intensywnością i wielką determinacją. My natomiast wiedzieliśmy, że w takich momentach trzeba pokazać charakter i odpowiednią mentalność. Uważam, że w drugiej części spotkania udało nam się to udowodnić. Wzięliśmy się w garść na tyle, by ostatecznie wywalczyć awans.
Czy był taki moment, w którym dotarło do was, że robi się naprawdę gorąco?
- Tak. W pierwszej połowie byłem bardzo niezadowolony zarówno z własnej postawy, jak i z gry całego zespołu. Wiedziałem, że musi się coś wydarzyć, że musimy natychmiast zmienić nasze podejście i zacząć wykorzystywać sytuacje, bo inaczej źle się to dla nas skończy. Jak już wspomniałem, na szczęście zrobiliśmy wystarczająco dużo, by awansować. Niemniej jednak to nie jest styl, jaki chcemy prezentować. Chcielibyśmy grać przynajmniej tak dobrze, jak w naszym pierwszym starciu.
Czy po wywalczeniu awansu, który gwarantuje wam grę w pucharach jesienią, styl gry ma w ogóle jeszcze znaczenie? Czy po takim sukcesie można po prostu o nim zapomnieć?
- Głęboko wierzę, że zawsze można, a wręcz trzeba się rozwijać. Musimy jednak pamiętać, że jesteśmy tylko ludźmi i słabsze mecze po prostu będą się zdarzać. Nie potrafię dokładnie wyjaśnić, z czego to dzisiaj wynikało - oczywiście zawsze chcemy grać na najwyższym poziomie, ale tym razem nam to nie wyszło. Niemniej, jeśli w takich słabszych dniach potrafimy pokazać charakter i uniknąć porażki, to w dłuższej perspektywie i tak będziemy odnosić sukcesy.
Czy twoim zdaniem ten mecz był trudniejszy niż wasze pierwsze spotkanie na wyjeździe w Serbii?
- Nie, nie uważam, żeby był trudniejszy. W Zabrzu po prostu my zagraliśmy dużo słabiej - pod względem intensywności, woli walki i dokładności. Praktycznie w każdym aspekcie.
Jak to się więc stało, że ostatecznie to Fradi gra dalej? Czemu przypisujesz ten remis w meczu, który przez tak długi czas zupełnie nie układał się po waszej myśli?
- Jestem niesamowicie dumny z całej drużyny, bo tak jak mówiłem, ten zespół ma ogromny charakter i zostawia na boisku serce. Udowadniamy to w każdym spotkaniu, a zwłaszcza na arenie europejskiej.
Bohaterem Ferencvaros w tym meczu był Kristofer Zachariassen, który zachował najwięcej przytomności w polu karnym Górnika po rzucie rożnym i po jego strzale padła bramka samobójcza...
- Zgadzam się z tobą w stu procentach. Dla mnie jest on prawdziwym wzorem do naśladowania. Często nie rzuca się w oczy, bo to nie jest typ zawodnika, który gra pod publiczkę. On nie szuka poklasku, natomiast każdy, kto zna się na piłce nożnej, doskonale wie, że może on być wzorem dla wszystkich. Właśnie tak powinien zachowywać się i grać stuprocentowy profesjonalista.
Z zaangażowaniem i wolą walki też nie ma u niego najmniejszego problemu.
- Trzeba mu oddać, że zawsze bardzo się stara.
Notował: Charlie
Źródło: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl






