
Bartłomiej Socha - podobnie jak jego ojciec Edward - nie jest dla kibiców Górnika Zabrze postacią anonimową. Urodzony w Zabrzu szkoleniowiec w sezonie 2006/07 występował w barwach drużyny z Roosevelta, strzelając dwie bramki w dziewięciu meczach Ekstraklasy. Obecnie 44-latek prowadzi Unię Turza Śląska, która mierzyła się z drugim zespołem Trójkolorowych w finale POLTENT Pucharu Polski. Po końcowym gwizdku sędziego udzielił on wywiadu serwisowi Roosevelta81.pl.
Czy to był najbardziej zwariowany mecz, w którym brał pan udział, zarówno jako trener, jak i zawodnik?
Bartłomiej Socha: Myślę, że tak. Ranga tego spotkania była wysoka, a my doskonale wiedzieliśmy, z kim gramy. Górnik to naprawdę dobry zespół. Prawdopodobnie właśnie dlatego był to najbardziej szalony mecz w mojej karierze.
Kiedy na tablicy wyników widniało 0:3, nie pojawił się moment załamania i myśl, że tego już nie da się odrobić? Wierzył pan do końca w swój zespół?
- Zawsze wierzę w ten zespół, to po pierwsze. Po drugie, rozegraliśmy już w lidze kilka spotkań, w których wracaliśmy do gry po stracie dwóch, a nawet trzech bramek i ostatecznie udawało nam się wygrywać. Tutaj kluczowe było to, czy my zdobędziemy gola, czy stracimy czwartego. Gdyby rywale trafili na 4:0, byłoby już bardzo ciężko. Kiedy jednak strzeliliśmy na 1:3, byłem pewien, że dołożymy kolejne trafienie i dogonimy Górnika.
Wydawało się, że dzisiaj Górnika mogą zaskoczyć jego byli piłkarze. Pan miał okazję grać w Zabrzu, podobnie jak Jakub Pawełek oraz Damian Strączek, którzy w tym meczu strzelali bramki dla Unii.
- Jest nas tutaj z tą górniczą przeszłością trochę więcej, bo kapitanem zespołu jest Mateusz Słodowy. Cieszę się, że ci chłopcy udowodnili, że potrafią grać w piłkę. Kiedy Górnik ściąga zawodników, nie wybiera ludzi z przypadku - mają tam świetnie rozwinięty skauting. Nasi piłkarze pokazali, że potrafią rywalizować na wysokim poziomie, dysponują dobrym wyszkoleniem technicznym i po prostu umieją grać.
Czuje Pan niedosyt, że ostatecznie nie udało się dowieźć korzystnego wyniku do końca?
Z pewnością jest niedosyt, jednak z drugiej strony, biorąc pod uwagę klasę rywala i fakt, że wyciągnęliśmy wynik z 0:3, człowiek odrobinę się uspokaja. Niemniej jednak, na kwadrans przed końcem prowadziliśmy 4:3 i 5:4. Mogliśmy inaczej ustawić zespół na boisku, spróbować utrzymać to prowadzenie. Przy remisie poszliśmy do przodu przy stałym fragmencie gry, bo bardzo chcieliśmy wygrać. Być może, gdyby więcej zawodników zostało w defensywie, nie stracilibyśmy decydującej bramki. Teraz trudno już cokolwiek gdybać. Jestem niesamowicie dumny z tych chłopaków. Z całego serca im pogratulowałem. Scenariusz tego spotkania był tak nieprawdopodobny, że przed pierwszym gwizdkiem nikt by go nie wymyślił.
Zmagania obserwowali dzisiaj z balkonu znakomici goście - legendy polskiej piłki: Stanisław Oślizło, Hubert Kostka, Antoni Piechniczek i Pana ojciec, Edward Socha.
- Dokładnie tak, co bardzo nas ucieszyło. Rozmawiając przed meczem z chłopakami w szatni, podkreślałem, że to jest spotkanie, w którym mogą się zaprezentować. Przyjechały takie legendy, a to przecież raptem jeden mecz. Nasze boisko jest małe [węższe niż standardowa płyta - przyp. red.], widzieliśmy w tym swoją szansę. Zawodnicy wzięli to sobie do serca i myślę, że pokazali się z naprawdę świetnej strony. Każdy z nich może być zadowolony. Zdarza się, że po porażce spuszcza się głowy w dół, ale ja im powiedziałem wprost: "Po dzisiejszym występie musimy chodzić z podniesionymi głowami". Zaprezentowaliśmy się z bardzo dobrej strony.
Nie w sposób nie zapytać o nerwową sytuację z samej końcówki. Co dokładnie się wydarzyło, gdy dyrektor sportowy Unii, Mariusz Pawałek i trener Górnika II Zabrze, Seweryn Gancarczyk ruszyli w swoim kierunku?
Trudno mi to jednoznacznie ocenić, ponieważ w tamtym momencie moja uwaga była skupiona wyłącznie na zdrowiu moich zawodników. Doszło do zderzenia dwóch z nich. Jako trener patrzyłem, czy nic poważnego im się nie stało - obaj leżeli na murawie i przez chwilę się nie ruszali. To było dla mnie najważniejsze. To, co działo się gdzieś za moimi plecami, po prostu mnie w tamtej chwili nie interesowało. Dopiero później podniosłem wzrok i zauważyłem jakieś zamieszanie, ale nie potrafię powiedzieć, o co dokładnie poszło. Cały ten mecz kosztował nas mnóstwo nerwów, obie drużyny bardzo chciały wygrać i prawdopodobnie komuś po prostu one puściły. Nie było tam jednak żadnych drastycznych incydentów. Myślę, że ostatecznie cała sprawa rozejdzie się po kościach. Przecież to są koledzy z boiska - podadzą sobie ręce po meczu i wszystko będzie w porządku.
Rozmawiał: eMZet
Źródło: Roosevelta81.pl
Wideo: Roosevelta81.pl
Foto: Roosevelta81.pl






